Afera podsłuchowa każe wciąż zadawać więcej pytań niż daje odpowiedzi. Jedno z tych pytań, coraz częściej stawiane, to pytanie o granice wolności słowa.

W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się, że ktoś ukradł dokumenty medyczne wybudzonego ze śpiączki Michaela Schumachera. Rodzina jest przekonana, że wcześniej czy później zostaną one opublikowane. Znamy sytuacje, kiedy politykom grzebano w śmieciach i publikowano ich zawartość. Pewien paparazzi wszedł ostatnio na prywatne przyjęcie urodzinowe jednego z polityków. Podawał się za gościa. Czy naprawdę wolność słowa oznacza, że można zrobić każde zdjęcie i opublikować wszystko? Czy gdyby ktoś założył podsłuch w moim domu to miałby prawo publikować zapis rozmowy tylko dlatego, że rozmawiam o polityce? A może rozmowa o dzieciach też byłaby dla kogoś interesująca? O stanie zdrowia? Czy politycy w ogóle mają jeszcze prawo do prywatności?

Prof. Michael Sandel amerykański filozof polityki twierdzi, że nasze społeczeństwa rozwijają się w złą stronę. Zamiast rozwoju gospodarki rynkowej mamy do czynienia z rozwojem społeczeństwa rynkowego. W społeczeństwie rynkowym wszystko jest towarem, wszystko jest na sprzedaż, również prywatność osób publicznych. Nawet wtedy, kiedy się na to nie zgadzają. Wystarczającym usprawiedliwieniem jest istnienie popytu na ten ‘produkt’.

Cały tekst: joannamucha.redblog.dziennikwschodni.pl