PO: debata w niedzielę o godz. 13, moderatorzy: Nowak, Mucha17-03-10, środa Debata prawyborcza Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego odbędzie się w niedzielę o godz. 13. w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego; moderatorami będą posłowie: Joanna Mucha i Sławomir Nowak - poinformował w środę szef klubu PO Grzegorz Schetyna. Debata ma trwać około 45 minut, ma być podzielona na trzy części: w pierwszej kandydaci zaprezentują swoje wizje prezydentury, później odpowiedzą na 5-6 pytań zadawanych przez moderatorów, ostatnia część to podsumowanie. Pytania do kandydatów można zgłaszać na stronie internetowej Platformy. Debata będzie dostępna dla dziennikarzy, którzy jednak nie będą mogli zadawać kandydatom pytań. Mucha: Debata Komorowski-Sikorski może zdecydować o wyniku prawyborów17-03-10, środa Joanna Mucha, lubelska posłanka PO, poprowadzi niedzielną debatę Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego. Drugim moderatorem będzie Sławomir Nowak, wiceszef klubu parlamentarnego PO. Starcie Komorowskiego i Sikorskiego, które w niedzielę odbędzie się na Uniwersytecie Warszawskim, to element prawyborów w PO. Wyniki zostaną ogłoszone 27 marca. Wtedy dowiemy się, kto będzie kandydatem Platformy na prezydenta RP. - To zupełnie nowa jakość w Polsce. Po raz pierwszy w debacie spotkają się przedstawiciele tej samej partii - podkreśla Joanna Mucha. Dlaczego władze partii zdecydowały, że jednym z moderatorów dyskusji będzie właśnie lubelska parlamentarzystka? - Być może powodem jest fakt, że nie opowiedziałam się jeszcze jednoznacznie po stronie żadnego z kandydatów - mówi Joanna Mucha. Pytania zostaną przygotowane przez władze partii. Kandydaci będą znali je wcześniej. - Na pewno będą wśród nich obecne tematy związane m.in. z wizją prezydentury - tłumaczy Mucha. Czy debata będzie ostra? - Spodziewam się, że merytoryczna, w przyjacielskiej atmosferze - zaznacza parlamentarzystka. Spotkanie będzie otwarte dla mediów. - Będą w niej mogli uczestniczyć także członkowie PO - zapowiada Joanna Mucha. - Myślę, że dla wielu przedstawicieli naszej partii, którzy nie zdecydowali jeszcze ostatecznie, kogo poprą w prawyborach, debata będzie rozstrzygająca - dodaje. Źródło: Kurier Lubelski Mucha chce powstrzymać marszałka i ministra17-03-10, środa Posłanka Joanna Mucha już się cieszy, że będzie mogła moderować debatę prawyborczą Komorowski-Sikorski. Jak wyznała, chodzi o to, że ona - szeregowa posłanka - będzie mogła powstrzymać marszałka Sejmu czy ministra. - Będzie to bardzo fajne, jako poseł z tych tylnych ław poselskich, móc powstrzymać w głosie pana ministra, pana marszałka. Dość ciekawe doświadczenie - powiedziała w rozmowie z TVN24 Joanna Mucha. To ona - wraz ze Sławomirem Nowakiem - poprowadzi niedzielną debatę prawyborczą Bronisława Komorowskiego z Radosławem Sikorskim. Zdaniem posłanki, niedzielna debata może rozstrzygnąć, kto będzie kandydatem Platformy w wyborach prezydenckich. - Duża część członków PO nie ma jeszcze jednoznacznie podjętej decyzji - mówiła Mucha. Wyjaśniła też, że pytania powinny dotyczyć tego, jaka jest wizja prezydentury poszczególnych kandydatów (zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz kraju). Posłanka Joanna Mucha wyznała również, że starannie przygotowuje się do swojej nowej roli, ale nie spodziewa się, że będzie musiała “rozdzielać” zaciekle walczących ze sobą kandydatów. - Po raz pierwszy w polskiej polityce pokazujemy grę fair w trakcie wyborów. Nie sądzę, żeby podczas debaty była nieczysta gra - stwierdziła pani poseł. Niedzielne spotkanie w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego to kompromis między propozycją Sikorskiego, który chciał debatować w studiu telewizyjnym, a Komorowskiego, który chciał się spotkać w Sejmie w klubie PO. Źródło: TVN24 Mucha i Nowak poprowadzą debatę. Internauci mogą zadawać pytania17-03-10, środa Moderatorami debaty prawyborczej Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego będą posłowie: Joanna Mucha i Sławomir Nowak. Dyskusja odbędzie się w niedzielę o godz. 13. w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Pytania do debaty można zgłaszać na stronie internetowej Platformy (platforma.org) - poinformował szef klubu PO Grzegorz Schetyna. Schetyna powiedział na konferencji prasowej w Sejmie, że debata ma trwać 45-50 minut, ma być podzielona na trzy części: w pierwszej kandydaci zaprezentują swoje wizje prezydentury, później odpowiedzą na pięć - sześć pytań zadawanych przez moderatorów, ostatnia część to podsumowanie. Debata będzie dostępna dla mediów; dziennikarze nie będą jednak mogli zadawać kandydatom pytań. Sikorski i Komorowski - według słów Schetyny - będą dostępni dla dziennikarzy przed i po debacie. Schetyna powiedział, że pytania do debaty może zadawać każdy zainteresowany, nie tylko członkowie Platformy; konkretne pytania, które zadane zostaną kandydatom podczas debaty mają wybrać moderatorzy. Szef klubu PO zapewnił, że Komorowski i Sikorski będą mieli tyle samo czasu w trakcie debaty na przedstawienie swoich poglądów. “Chcemy, żeby była równość szans i wypowiedzi, żeby (kandydaci) mieli dostęp do takiej samej ilości czasu” - podkreślił. “Chcemy, żeby debata była zwarta, emocjonująca, żeby dało się ją oglądać. To nie jest prawdziwa, klasyczna debata, taka jak w kampanii wyborczej, te pięć - sześć pytań musi wystarczyć, żeby kandydaci mogli dobrze się przedstawić, powiedzieć o swojej wizji prezydentury, o swoich poglądach, opiniach. Myślę, że będzie dobrze” - powiedział Schetyna. Pytany o to, jakie pytanie zadałby obu kandydatom szef klubu PO powiedział, że interesuje go m.in. ich wizja współpracy prezydenta z rządem. Obaj kandydaci są zadowoleni z formuły, jaką przybierze niedzielna debata. “Cieszę się, że została przyjęta w dużej mierze moja propozycja zorganizowania debaty w oparciu o klub parlamentarny, a nie jedną z audycji telewizyjnych” - powiedział w środę dziennikarzom Komorowski. Zapewnił, że z obu stron “deklarowana jest chęć odbycia debaty w sposób maksymalnie interesujący”. Dodał, że każdy z kandydatów będzie mógł wygłosić “swoiste expose”. W ocenie Komorowskiego, fakt, że kandydaci wcześniej poznają pytania, pozwoli na “atrakcyjniejsze przygotowanie własnych wypowiedzi”. “Chcemy, by maksymalnie atrakcyjnie przedstawiony był pogląd każdego z kandydatów na najważniejsze kwestie” - podkreślił Komorowski. Koncepcja debaty jest w pełni satysfakcjonująca także dla Sikorskiego. Szef MSZ ocenił w rozmowie z PAP, że “jest to bardzo demokratyczna, zdrowa, ożywiająca formuła”. Rzecznik rządu Paweł Graś, pytany w środę przez dziennikarzy o formułę niedzielnej debaty, podkreślił że “nie chodzi o to, aby kandydaci się zaskakiwali, by używali wobec siebie nieczystych metod, ale o to, by poznać poglądy kandydatów na różne tematy”. Jak zaznaczył, kandydatom trzeba dać czas na przygotowanie się, a - jego zdaniem - “pytania parlamentarzystów Platformy na pewno nie będą banalne”. Graś poinformował też, że szef Platformy premier Donald Tusk nie będzie obecny na debacie, ale - według niego - na pewno będzie ją oglądał. Źródło: PAP, Wprost.pl Władza dla kobiet20-02-10, sobota Jeśli parlament i prezydent szybko uwiną się ze swoją pracą, to w tegorocznych wyborach na radnych województw, gmin i miast połowę kandydatów będą stanowiły kobiety. Do tej pory o zwiększeniu szans wyborczych kobiet dyskutowano w telewizji i gazetach, teraz sprawa nabrała tempa. Wczoraj miał być po raz pierwszy czytany w sejmie projekt ustawy parytetowej. O co w nim chodzi? Pomysł jest prosty: liczba kobiet na danej liście kandydatów nie będzie mogła być mniejsza niż liczba mężczyzn. Tak ma być w wyborach do Parlamentu Europejskiego, na radnych, posłów i senatorów. Żeby tak się stało, parlament musi zgodzić się na zmianę ordynacji wyborczej. Projekt przygotował Komitet Obywatelski “Czas na kobiety”. Za zbieranie podpisów potrzebnych, żeby projekt znalazł się w sejmie, mocno zabrały się działaczki PO z Lublina: europosłanka Lena Kolarska-Bobińska, poseł Joanna Mucha i wicewojewoda Henryka Strojnowska. – Obecny system jest niesprawiedliwy. Jeśli chcemy prawdziwej demokracji, to trzeba wprowadzić równość. Parytet jest narzędziem, żebyśmy doszli do prawdziwej demokracji. Mężczyźni mają niesłuszne przywileje dzięki płci i tradycji – tłumaczy Henryka Strojnowska i oblicza, że 80 proc. posłów to mężczyźni. – Coraz mniej jest osób, które uważają, że parytet w wyborach jest niesłuszny. – Kobiety bardzo dobrze radzą sobie w biznesie, ale w polityce nie mogą się przebić. Przez ostatnie 20 lat edukacja i dyskusje nie pomogły. Teraz etap obietnic trzeba uznać za zakończony. Nie chodzi o obietnice liderów partii, trzeba wprowadzić reguły, które wymuszą umieszczenie kobiet na listach wyborczych – podkreśla Lena Kolarska-Bobińska. Jednak wbrew pozorom nie wszystkie kobiety są za wprowadzeniem parytetu. Burzę wywołało lipcowe oświadczenie grupy kobiet – przedsiębiorców, dziennikarzy, naukowców – opublikowane przez ogólnokrajowe media. Panie stwierdziły, że taki pomysł je obraża. – Nie chcemy, żeby ktokolwiek dawał nam gwarancje ze względu na płeć, świetnie radzimy sobie bez tego. Mocno podzielona jest nawet rządząca Platforma. – Jestem przeciwna sztucznemu wprowadzaniu kobiet do życia publicznego. Nie jest ważnie, jakiej płci jest polityk. Chodzi o to, żeby był skuteczny. Wybieramy lekarza, nie patrząc na to, czy jest kobietą czy mężczyzną, ma po prostu dobrze leczyć. Wolę, żeby o mnie mówili, że jestem posłanką z Lublina, a nie z parytetu – tłumaczy poseł Magdalena Gąsior-Marek z PO. – Oczywiście, trzeba zachęcać kobiety, żeby wchodziły do polityki. Kobiety wnoszą inny punkt widzenia, chętniej zajmują się np. zdrowiem, oświatą czy sprawami społecznymi. Należy pokazać, że ich wiedza bardzo się przyda w parlamencie. Nie ma gwarancji, że dzięki parytetowi w sejmie i samorządzie przybędzie dobrze przygotowanych osób. – Jeśli kobieta jest skuteczna, to przekona kolegów, żeby umieścili ją na liście wyborczej, a potem przekona wyborców żeby na nią zagłosowali – podkreśla Gąsior-Marek. Podaje tu swój przykład: długo wahała się, czy podjąć wyborcze wyzwanie, czy jest sens startować z ostatniego miejsca, czy nie jest to wyrzucenie pieniędzy w błoto. – Kobiet w życiu publicznym jest coraz więcej, ten proces już trwa. Nie można go sztucznie przyspieszyć. Okazuje się, że projekt parytetowych zmian ordynacji wyborczej może prowadzić do nierównego traktowania mężczyzn. Jak? Wystarczy, że lista kandydatów w wyborach ma nieparzystą liczbę miejsc. W takim przypadku zawsze – zgodnie z projektem – kobiet musi być na liście więcej niż mężczyzn. Autorzy projektu zauważyli: “Komitety wyborcze nie są jednak związane narzuconą im z góry koniecznością umieszczania na listach nieparzystej liczny kandydatów, mogą wiec zachować parytet 50/50”. Jeśli sejm i senat szybko przegłosują zmiany w przepisach i nie będzie weta prezydenta, to połowa kandydatów na radnych w tegorocznych jesiennych wyborach samorządowych będzie kobietami. 44 proc. badanych w styczniu przez CBOS stwierdziło, że kobiet w polityce powinno być więcej (35 proc., że liczba kobiet i mężczyzn jest w sam raz). 20 proc. jest zdecydowanie przekonanych, że zapewnienie kobietom określonego minimum miejsc na listach wyborczych zachęci je do startu w wyborach (46 proc. mówi “raczej tak”, 19 proc. “raczej nie”, 5 proc. “zdecydowanie nie”). Wprowadzenie parytetu zdecydowanie poparło 23 proc. pytanych, “raczej tak” odparło 37 proc., “raczej przeciwnych” jest 20 proc., a zdecydowanie “nie” mówi 10 proc. Generalnie, pomysł, żeby prawo regulowało liczbę miejsc dla kobiet w parlamencie czy administracji, popiera więcej kobiet niż mężczyzn. Najwięcej pytanych osób (42 proc.) jest przekonanych, że bez względu na liczbę kobiet państwowe instytucje będą działały tak samo. Większość badanych (40 proc.) zagłosuje w wyborach na kobietę, jeśli do wyboru miałoby kandydatów z tej samej listy, w podobnym wieku, z podobnym wykształceniem i kompetencjami. Styczniowe badanie wykonało CBOS dla Kongresu Kobiet Źródło: Dziennik Wschodni Posłowie zdecydowali: parytet do komisji18-02-10, czwartek Obywatelski projekt ustawy, wprowadzającej parytety płci na listach wyborczych, po debacie w Sejmie został skierowany do dalszych prac w komisji. Opowiedziały się za tym wszystkie kluby i koła, choć we wszystkich byli zarówno zadeklarowani zwolennicy, jak i przeciwnicy tego rozwiązania. Przygotowany przez Kongres Kobiet obywatelski projekt ustawy zmienia ordynację wyborczą - do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich - i zapewnia 50-procentową obecność kobiet na listach wyborczych. Prof. Małgorzata Fuszara z Uniwersytetu Warszawskiego, która przedstawiała projekt w imieniu wnioskodawców podkreśliła, że za równością praw w Polsce nie idzie wciąż równość szans, dlatego - jak oceniła - bez dodatkowych mechanizmów wspierających kobiety mają niewielkie możliwości na równy udział w życiu politycznym. Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Elżbieta Radziszewska, która jest przeciwna ustawowemu wprowadzeniu parytetów, zaapelowała, żeby zastanowić się, jakich użyć narzędzi, by ułatwić kobietom zaangażowanie w politykę. Przekonywała, że płeć nie jest gwarancją skuteczności, większych możliwości. Podczas dyskusji wielokrotnie i z rożnych stron sali sejmowej zwracano uwagę na przeszkody, które stają na drodze kobietom chcącym brać udział w życiu publicznym, czyli m.in. brak rozwiązań ułatwiających godzenie ról, utrudniony dostęp do przedszkoli i żłobków. Podkreślano, że aby aktywizować kobiety, potrzebne są: sensowna polityka prorodzinna, promowanie aktywnego ojcostwa, partnerskiego modelu rodziny i elastycznego czasu pracy. Podczas debaty padały argumenty zarówno za, jak i przeciw parytetom. Beata Szydło (PiS) przestrzegała, że zapisy ustawowe mogą okazać się mało skuteczne i będą jedynie papierowe mieszcząc się w kategorii poprawnych politycznie. Zdecydowanie za projektem opowiada się klub Lewicy. - Ustawa pozwoli na zrealizowanie w praktyce zapisu o równości kobiet i mężczyzn - przekonywała Izabela Jaruga-Nowacka, która zaapelowała, by nie decydować się na 30-procentową kwotę zamiast parytetu. Nie betonujmy sceny politycznej na poziomie 30 proc., bo ten szklany sufit, który dziś nas ogranicza, przesunąłby się tylko o kilka centymetrów. Wicemarszałek Sejmu Ewa Kierzkowska z PSL zwróciła uwagę, że wśród radnych różnych szczebli jest wiele kobiet, ich reprezentacja jednak gwałtownie maleje na szczeblu parlamentarnym. - Jeżeli kobieta chce być aktywną społecznie i politycznie, to ma do tego absolutne prawo. Tylko czy dzisiaj każda kobieta ma możliwość wyboru? - pytał Zdaniem Anny Sobeckiej z PiS wprowadzenie parytetów byłoby deprecjonowaniem kobiet w społeczeństwie, bo świadczyłoby o tym, że bez tego mechanizmu kobiety sobie nie poradzą. - Kobiety przede wszystkim chcą się realizować jako żony i matki. To dzieci, a nie kobiety są największymi poszkodowanymi w dzisiejszej batalii pomiędzy rodziną a pracą - przekonywała. Z kolei Joanna Mucha z PO otwarcie przyznała, że została wybrana do Sejmu z pozycji parytetu i wcale nie czuje się tym obrażona. - Instrument parytetu to jeden z mechanizmów zwiększania udziału kobiet w polityce, obok odblokowania ich czasu, choć oczywiście najlepiej byłoby, gdyby nie był potrzebny - mówiła. Zaproponowała, aby do parytetu dochodzić stopniowo, w kolejnych wyborach, zaczynając od 30-procentowych kwot. Źródło: money.pl Połowa miejsc na listach wyborczych dla kobiet18-02-10, czwartek Połowa miejsc na listach wyborczych dla kobiet - to główny postulat autorów projektu ustawy o parytetach, którego pierwszego czytanie rozpoczęło się w czwartek w Sejmie. Obywatelski projekt został złożony z inicjatywy Kongresu Kobiet. Obywatelski projekt ustawy, wprowadzającej parytety płci na listach wyborczych, po czwartkowej debacie w Sejmie został skierowany do dalszych prac w komisji. Opowiedziały się za tym wszystkie kluby i koła, choć we wszystkich byli zarówno zadeklarowani zwolennicy, jak i przeciwnicy tego rozwiązania. Przygotowany przez Kongres Kobiet obywatelski projekt ustawy zmienia ordynację wyborczą - do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich - i zapewnia 50-procentową obecność kobiet na listach wyborczych. Parytet nie dotyczyłby wyborów do Senatu oraz wyborów do rad gmin, w których mieszka do 20 tys. osób, bo te wybory odbywają się według ordynacji większościowej. Prof. Małgorzata Fuszara z Uniwersytetu Warszawskiego, która przedstawiała projekt w imieniu wnioskodawców podkreśliła, że za równością praw w Polsce nie idzie wciąż równość szans, dlatego - jak oceniła - bez dodatkowych mechanizmów wspierających kobiety mają niewielkie możliwości na równy udział w życiu politycznym. “Bez odpowiedniej reprezentacji w organach władzy interesy kobiet nie będą uwzględniane przy podejmowaniu decyzji - przekonywała, przypominając o zasadzie tzw. masy krytycznej, która mówi, że określona grupa musi stanowić 30 proc. w danym gremium, aby reprezentowało ono jej interesy. “Przy obecnym odsetku - 20 proc. kobiet w Sejmie i 8 proc. w Senacie - tego wpływu nie będzie” - zaznaczyła. Odpowiadając na argumenty przeciwników ustawy, że parytet obraża kobiety, bo wprowadza “punkty za płeć”, a nie skupia się na kompetencjach i merytoryczności, oświadczyła: “Jeśli parytet obraża kobiety, to czy nie obraża ich dyskryminacja? Mnie jako kobietę obraża to, że w polskim parlamencie jest tak mało kobiet”. Wyraziła też przekonanie, że nie będzie kłopotu ze znalezieniem wystarczającej liczby kompetentnych kobiet na listy wyborcze, bo ich w Polsce nie brakuje. Jak dodała, wnioskodawcy dysponują opiniami konstytucjonalistów, którzy zaświadczają, że projekt ustawy wprowadzającej parytet płci na listach wyborczych jest zgodny z ustawą zasadniczą. Podkreśliła, że pod projektem zebrano ponad 150 tys. podpisów poparcia, dzięki czemu udało się go zgłosić jako inicjatywę obywatelską, całkowicie ponadpartyjną. Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Elżbieta Radziszewska, która jest przeciwna ustawowemu wprowadzeniu parytetów, zaapelowała, żeby zastanowić się, jakich użyć narzędzi, by ułatwić kobietom zaangażowanie w politykę. Przekonywała, że płeć “nie jest gwarancją skuteczności, większych możliwości”. Podczas dyskusji wielokrotnie i z rożnych stron sali sejmowej zwracano uwagę na przeszkody, które stają na drodze kobietom chcącym brać udział w życiu publicznym, czyli m.in. brak rozwiązań ułatwiających godzenie ról, utrudniony dostęp do przedszkoli i żłobków. Podkreślano, że aby aktywizować kobiety, potrzebne są: sensowna polityka prorodzinna, promowanie aktywnego ojcostwa, partnerskiego modelu rodziny i elastycznego czasu pracy. Podczas debaty padały argumenty zarówno za, jak i przeciw parytetom. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO) przekonywała, że “liczba mandatów zdobywanych przez kobiety nie zależy od tego, czy jest ich na listach dużo czy mało. “To nie procent kobiet, ale miejsce, z którego startują kandydatki, wpływa na ich wyborczy wynik” - oświadczyła. Jej zdaniem, kwota 50 proc. w praktyce oznaczałaby konieczność znalezienia dodatkowo 7-9 kobiet chętnych do startu w wyborach. “Każdy, kto układał listy wyborcze wie, że to jest niemożliwe” - powiedziała. Jej zdaniem, bardziej racjonalna wydaje się kwota 30-proc. Beata Szydło (PiS) przestrzegała, że zapisy ustawowe mogą okazać się mało skuteczne i będą jedynie “papierowe” mieszcząc się w kategorii poprawnych politycznie. I Kozłowska-Rajewicz, i Szydło podkreślały, że w ich partiach są wewnętrzne zasady, które regulują kwestię obecności kobiet. Zaapelowała, by nie decydować się na 30-procentową kwotę zamiast parytetu. “Nie betonujmy sceny politycznej na poziomie 30 proc., bo ten +szklany sufit+, który dziś nas ogranicza, przesunąłby się tylko o kilka centymetrów” - argumentowała. Poseł Lewicy Tomasz Kamiński, który zgodnie z zasadą równości również zabierał głos w imieniu tego klubu, podkreślił, że przykłady wielu innych krajów pokazują, iż parytety są skuteczne i zachęcił, aby brać przykład z lepszych, nie z gorszych. Wicemarszałek Sejmu Ewa Kierzkowska (PSL) zwróciła uwagę, że wśród radnych różnych szczebli jest wiele kobiet, ich reprezentacja jednak gwałtownie maleje na szczeblu parlamentarnym. “Jeżeli kobieta chce być aktywną społecznie i politycznie, to ma do tego absolutne prawo. Tylko czy dzisiaj każda kobieta ma możliwość wyboru?” - pytała. Jej zdaniem kobiet tak naprawdę nie trzeba aktywizować, ale trzeba zrobić coś, żeby miały równy dostęp do aktywności, także w sferze politycznej. Przeciwne zapisom projektu co do zasady jest koło poselskie Polska Plus. Jednak, jak zaznaczył Jan Filip Libicki, ponieważ podpisało go 150 tys. obywateli, koło nie składa wniosku o jego odrzucenie, ale proponuje skierowanie projektu do dalszych prac w komisji. Zdzisława Janowska (SdPl) podkreśliła, że dziś kobiety są niedoreprezentowane, nie tylko w Polsce, ale i w całej UE, a brak kobiet w polityce to deficyt demokratyczny. “Dlaczego tak długo ta walka twa? Bo tak długo trzeba przełamywać stereotypy” - mówiła. “Jeśli przyjąć, że z uwagi na uwarunkowania społeczno-kulturowe kobiety mają utrudniony dostęp do działalności publicznej, to stworzenie parytetu nie daje im żadnego przywileju, ale niweluje tę nierówność, czyli czyni zadość zapisanej w konstytucji zasadzie równości” - przekonywał Jan Widacki (DKP-SD). Zdaniem Anny Sobeckiej (PiS) wprowadzenie parytetów byłoby deprecjonowaniem kobiet w społeczeństwie, bo świadczyłoby o tym, że bez tego mechanizmu kobiety sobie nie poradzą. “Kobiety przede wszystkim chcą się realizować jako żony i matki. To dzieci, a nie kobiety są największymi poszkodowanymi w dzisiejszej batalii pomiędzy rodziną a pracą” - przekonywała. Z kolei Joanna Mucha (PO) otwarcie przyznała, że została wybrana do Sejmu z pozycji parytetu i wcale nie czuje się tym obrażona. “Instrument parytetu to jeden z mechanizmów zwiększania udziału kobiet w polityce, obok odblokowania ich czasu, choć oczywiście najlepiej byłoby, gdyby nie był potrzebny” - mówiła. Zaproponowała, aby do parytetu dochodzić stopniowo, w kolejnych wyborach, zaczynając od 30-procentowych kwot. Piotr Van der Coghen (PO) pytał, dlaczego Sejm - przyznając parytety - miałby “poniżać kobiety tanimi ochłapami”. Według niego, w sprawowaniu funkcji parlamentarzysty nie ma znaczenia płeć. “Kiedy mówią: +kompletny debil+ czy +głupia pinda+ - jedna i druga inwektywa - jeżeli zasłużona - odbiera powagę tej izbie i żadne parytety tego nie zmienią” - oświadczył. Leszek Deptuła (PSL) mówił, że jest za, ale ponieważ sam układał listy - wie, “jak trudno znaleźć do nich kobiety”. “Znając nasze męskie inklinacje, że panie są tylko do ozdoby, to ten parytet jest nam potrzebny. Pytanie tylko, czy 50-procentowy” - oświadczył. W sprawie parytetów zabrał głos kandydat na prezydenta Andrzej Olechowski - jeden z sygnatariuszy obywatelskiego projektu ustawy. W oświadczeniu przesłanym PAP zaapelował o przyjęcie tej inicjatywy legislacyjnej. “Dzięki stworzeniu kobietom możliwości większego, aktywnego udziału w polityce życie publiczne stanie się mądrzejsze i nabierze ogłady. Zwracam uwagę, że projekt ustawy, którego pierwsze czytanie w Sejmie odbywa się dzisiaj, daje kobietom równe szanse. O ostatecznym wyborze zadecydują głosujący” - napisał Olechowski. Jak podkreślił, gdyby był prezydentem “po uchwaleniu takiego aktu prawnego podpisałby go bez zastrzeżeń i zwłoki”. Źródło: PAP Chcę 30 proc. kobiet na listach18-02-10, czwartek To podejście pragmatyczne, bo wolałabym 50 proc. – mówi „Rz” Joanna Mucha, posłanka Platformy. Rz: Dziś Sejm zajmie się projektem ustawy o parytetach płci na listach wyborczych. Gdyby takie przepisy już obowiązywały, to gdzie by pani była dzisiaj w polityce? Joanna Mucha, posłanka PO: W tym samym miejscu, w którym jestem. Planowałam start w wyborach parlamentarnych dopiero po zrobieniu doktoratu, czyli wtedy, kiedy miałabym coś do zaoferowania moim wyborcom. I tak się stało. Są potrzebne. Mogą zmienić sytuację kobiet, które chcą teraz wejść do polityki albo próbują od kilku lat, ale ze słabym skutkiem. Znam politykę od lat i wiem, że nie jest przyjazna dla kobiet. W pani przypadku parytety by nic nie zmieniły, a w przypadku innych kobiet zmieniłyby wiele? Nie rozumiem. Ja miałam w sobie więcej determinacji, kiedy walczyłam z całym światem o prawo do tego, żeby realizować się w taki sposób, jaki mi odpowiadał. Wiele kobiet nie ma takiej determinacji. Wielu mężczyzn również jej nie ma, a mimo to są w polityce, bo im jest łatwiej do niej wejść. Chcę tylko, żeby kobiety i mężczyźni o tym samym poziomie determinacji mogli uczestniczyć w życiu publicznym. Żeby kobietom nie było trudniej. Bo polityka to męski świat. Męski, czyli jaki? Polska polityka jest kompletnie niedostosowana do kobiecego sposobu życia, bycia, prowadzenia domu, wypełniania obowiązków. “Mam wrażenie, że więcej wysiłku w kampanię wkłada w tej chwili Radosław Sikorski” Może właśnie tak powinno być, że kobiety generalnie powinny się zajmować tym, do czego natura i lata doświadczeń je predestynują. Po co burzyć ten porządek? Nie mam nic przeciwko temu, by kobiety zajmowały się domem, rodziną – jeśli jest to ich własny wybór, a nie efekt kulturowego zdeterminowania. Jeśli jednak wybierają inną ścieżkę kariery, to powinny mieć takie same możliwości jak mężczyźni. I sądzi pani, że parytety to by umożliwiły? Tę rolę parytetu nazywam „ssącą”. Mężczyzna – przewodniczący regionu – aby zapełnić listę, będzie poszukiwał kobiet. Będzie dostosowywał życie partyjne w swoim regionie do ich potrzeb. Mężczyźni, którzy teraz zamykają się we własnym politycznym światku i w swoim sposobie myślenia, musieliby wykształcić mechanizmy wciągające kobiety do polityki. Jestem przekonana, że parytety byłyby przejściowym rozwiązaniem. Zauważyłam. Jest to bardzo ciekawy mechanizm, bo jednocześnie PSL ma w parlamencie tylko jedną posłankę, panią marszałek. Być może fenomen ten wynika z tego, że mężczyźni na wsi umierają średnio o dziesięć lat wcześniej niż kobiety, może z tego, że choroba alkoholizmu jest wśród nich dość rozpowszechniona. Hasło „kobiety na traktory” też swoje zrobiło. Kobiety na wsi przejęły męskie role. Ale to nie jest chyba problem parytetów politycznych, tylko polskiej mentalności? To są dwie strony tej samej monety. Trzeba zmienić wzorce kulturowe, aby uwolnić czas kobiet na działalność publiczną i odblokować ich wejście do tej działalności. Pamiętam, że musiałam walczyć z rodziną, bym mogła poświęcać czas polityce. Mężczyźni nie muszą tego robić. Będzie pani głosować za parytetami w Sejmie? Chciałabym, żeby kiedyś płeć przestała się liczyć w polityce. I tylko tyle. A może aż tyle. Na razie kandydatami na prezydenta w Platformie są mężczyźni, więc śladów analogii do „Seksmisji” nie ma. A jak pani się podoba decyzja zarządu partii, że o wyborze Bronisława Komorowskiego czy Radosława Sikorskiego przesądzą członkowie PO za pośrednictwem Internetu bądź korespondencyjnie? Podoba mi się. To zupełnie naturalna droga, powrót do założeń PO, choć w ograniczonym zakresie, bo wybór jest między dwoma wyłonionymi wcześniej kandydatami. To nie jest prosta sytuacja. Wracam wciąż do kwestii równowagi między władzą a odpowiedzialnością. Władza została przekazana na doły partyjne i odpowiedzialność też. Ale co będzie, jeśli między wyborem kandydata a decyzją oficjalną wydarzy się coś niespodziewanego? Moim zdaniem zarząd powinien sobie zostawić furtkę w wyborze kandydata. Chodzi pani o haki, które mogą się pojawić na kandydata Platformy? Te wybory będą z całą pewnością bardzo brutalne, więc taką furtkę trzeba zostawić. Po to, by zarząd mógł ewentualnie zdecydować inaczej niż członkowie, gdyby coś bardzo istotnego się wydarzyło. Jak pani będzie głosowała? Obaj byliby bardzo dobrymi prezydentami. Może oddam dwa głosy? A serio, piłka jest wciąż w grze. Obaj kandydaci toczą teraz kampanię na swoją rzecz. Który z nich jest skuteczniejszy? Mam wrażenie, że więcej wysiłku w tej chwili wkłada w kampanię Sikorski. Ale tak jak powiedziałam, piłka jest wciąż w grze. Źródło: Rzeczpospolita Psi smalec trafi do prokuratora krajowego14-02-10, niedziela Sprawa wyrabiania smalcu z psów w kłobuckim gospodarstwie trafi do prokuratora krajowego. Przedstawi ją szefowa parlamentarnego zespołu przyjaciół zwierząt Joanna Mucha. Kilka dni temu działająca na rzecz zwierząt posłanka spotkała się z ministrem sprawiedliwości Krzysztofem Kwiatkowskim i prokuratorem krajowym Edwardem Zalewskim. Ten ostatni zobowiązał się do sprawdzenia spraw dotyczących znęcania się nad zwierzętami, które zakończyły się umorzeniem. Mucha zadeklarowała, że przedstawi mu także niezakończone dotąd postępowanie w sprawie wyrabiania psiego smalcu w kłobuckim gospodarstwie. - To naprawdę bulwersująca historia - mówi posłanka. Zdaje sobie sprawę, że takie śledztwa są zazwyczaj trudne dowodowo i dlatego trzeba uwrażliwić policjantów, sędziów i prokuratorów na tematykę ochrony zwierząt. Przypomnijmy: pod koniec lata prokuratura postawiła zarzut znęcania się i zabijania zwierząt ze szczególnym okrucieństwem Agacie G. i jej matce - dwóm mieszkankom kłobuckiego gospodarstwa. Policja znalazła tam nie tylko kilkadziesiąt zamkniętych psów, zwierzęce szczątki, zakrwawione odzież, siekierę i wirówkę, ale również butelki z tłuszczem nieznanego pochodzenia. Obecnie już wiadomo, że smalec był produkowany m.in. z psów. Być może uda się także określić czas produkcji tłuszczu. To istotne dla sprawy, bo obie podejrzane nie przyznają się do winy i twierdzą, że tłuszcz wyrabiał ich zmarły przed trzema laty mąż i ojciec. Sprawy zaczęła się rok temu od prowokacji zorganizowanej przez dawną Fundację For Animals i “Gazetę”. Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa Punkowa Mucha, anielski Cugowski07-02-10, niedziela
Jubileuszowa X shopka odbywała się pod hasłem “Casino Polska 2010”. Mucha grała ustylizowana na punka, Cugowski wcielił się w postać anioła. Tematem rewii była afera hazardowa, sprawa agenta Tomka, pożegnania polityków i dymisje. W tegorocznej rewii wystąpiło 37 polityków, m.in. Krzysztof Cugowski, Tadeusz Cymański, Zbigniew Ćwiąkalski, Beata Kempa, Jacek Kurski, Marek Migalski, Joanna Mucha, Joanna Senyszyn, Róża Thun, Zbigniew Wassermann i Andrzej Zoll. W finale wszyscy odśpiewali piosenkę Golec uOrkiestra “Crazy is my life”. Źródło: Dziennik Wschodni « Poprzednie wpisy |











Politycy, samorządowcy i dziennikarze wystąpili w sobotni wieczór na scenie krakowskiego Teatru Groteska w kilkugodzinnym widowisku “Reality Shopka Szoł”. Z Lubelszczyzny w przedstawieniu wzięli udział posłanka Joanna Mucha i Krzysztof Cugowski z Budki Suflera.